Pomorze rozciąga się wzdłuż jedynego morskiego wybrzeża Polski, od ceglastych szczytów Gdańska po sosnowe lasy i pojezierza w głębi lądu. Tutejsze tempo podąża za wodą i porami roku: łodzie rybackie wypływają o świcie, handlarze bursztynem rozkładają swoje stragany, drewniane krzesła w kawiarniach na promenadzie wypełniają się, gdy wieczorem światło nabiera złotego odcienia. To region stworzony do wolniejszego poruszania się, z centrami starych miast na tyle małymi, że można je poznać pieszo, i krajobrazem, który nagradza uwagę, a nie pośpiech.
W samym centrum leży Gdańsk, hanzeatycki port, którego kupieckie domy, spichlerze i długie nabrzeże wciąż zachowują kształt średniowiecznego miasta handlowego. Jego ulice otwierają się na Motławę, gdzie kiedyś czekały w kolejce barki ze zbożem, a dziś kawiarnie wylewają się na bruk. Kawałek dalej wzdłuż wybrzeża Sopot zachowuje inny rytm: drewniane molo wchodzące w Bałtyk, wille uzdrowiskowe z epoki belle époque i plaża, która zapełnia się powoli w ciągu dnia, a nie od razu. Gdynia, młodsza i w dużej mierze zbudowana w okresie międzywojennym, pokazuje inne Pomorze — czyste modernistyczne linie, działający port oraz nadmorski pas, gdzie statki towarowe mieszają się z jachtami.
W głębi lądu region łagodnie przechodzi w Kaszuby, krajobraz jezior, brzozowych zagajników i wiosek, gdzie drewniana architektura i rzemiosło ludowe przetrwały w niemal niezmienionej formie. Malowane meble, wyszywanki i koronki wciąż powstają tu w małych warsztatach, często w tych samych rodzinach od pokoleń. Ziemia wznosi się łagodnie w pasmo niskich wzgórz znanych lokalnie jako Szwajcaria Kaszubska — nazwa mówiąca więcej o lokalnej dumie niż o rzeczywistej wysokości — ale efekt, gdy jeziora wyłaniają się między zalesionymi grzbietami, jest naprawdę uderzający. Drewniane kościoły, niektóre liczące sobie kilka wieków, stoją w wioskach na całym tym obszarze, a ich ciemne, pokryte gontem dachy i skromne wnętrza stanowią spokojne przeciwieństwo ceglastej wielkości nadmorskich miast.
Samo wybrzeże ma swoje własne, spokojne atrakcje. Na zachód od Gdańska Półwysep Helski zwęża się w wąski pas wydm i sosnowych lasów, z wioskami rybackimi, gdzie każdego ranka wciąż wyładowuje się śledzie i dorsze. Dalej na zachód Słowiński Park Narodowy chroni pas przesuwających się wydm piaszczystych, niektóre na tyle wysokie, by zasypywać drzewa, systematycznie przesuwanych w głąb lądu przez wiatr od Bałtyku. Między wydmami i morzem laguny i trzcinowiska dają schronienie różnorodnemu ptactwu, a cały ten odcinek przypomina bardziej pustynię niż typowe wybrzeże północnej Europy.
Rynki w mniejszych miastach Pomorza — Kartuzach, Kościerzynie, Pucku — zachowują rytm zbudowany wokół tygodniowych targów, kościelnych dzwonów i zmieniającego się światła nad pobliskimi jeziorami czy morzem. Kuchnia opiera się tu na tym, co dają wybrzeże i lasy: wędzone ryby sprzedawane prosto z wędzarni, pierogi z jagodami lub grzybami oraz żytni chleb podawany wszędzie — od wiejskich piekarni do miejskich kawiarni. Bursztyn, wyrzucany na plaże Bałtyku od wieków, jest obrabiany na biżuterię w warsztatach, które wciąż wypełniają stare ulice Gdańska — rzemiosło związane z regionem tak samo jak rybołówstwo.
To, co spaja Pomorze w jedno, to ta równowaga kontrastów: hanzeatycka cegła kontra drewniane wiejskie kościoły, otwarte morze kontra spokojne jeziora w głębi lądu, działający port kontra tradycja rzemiosła ludowego, która ledwie się zmieniła. Miasta są na tyle bliskie, że można je połączyć w jedną, spokojną trasę, a jednocześnie na tyle różne, że każde dodaje coś, czego nie miało poprzednie — port, uzdrowisko, jezioro, pas wydm. To region dla podróżnika gotowego zwolnić do tutejszego tempa: posiedzieć z kawą nad Motławą, przejść się po molo podczas odpływu albo obserwować kaszubskiego garncarza formującego glinę tak, jak robi się to tu od pokoleń.